|
|
|
|
Adam Asnyk
Anakreontyk Nie szczędź mi rajskich rozkoszy! Różanych ustek nie żałuj! Zanim się dzika myśl spłoszy, Niebieska! Ty swoim wzrokiem Zalej mnie blasków potokiem, Bez końca pieść mnie i całuj! Odpędzę widziadła wstrętne, Ze śmiercią hardo się zmierzę, Gdy w pocałunki namiętne Roztopię duchową dzielność, W rozkoszy tych nieśmiertelność, W tę jedną, ach, tylko wierzę! Przed twym ożywczym płomieniem Dusza ma kielich otwiera, Rozkwita z dziewiczym drżeniem W świateł i woni obłoku, W twych ustach i w twoim wzroku Znajdując wieczność, umiera. Eros zawstydzi się blady Przed moich pragnień pożarem, Wśród sennej życia biesiady Pijąc nadziemskie słodycze, Wszystkie łzy twoje przeliczę Dobyte szczęścia nadmiarem. A gdy się strawi doszczętnie To życie nic już nie warte - W ostatniej chwili, namiętnie, Na twoim oparty łonie, W nowe się blaski przesłonię, Patrząc w twe oczy otwarte.
Ja ciebie kocham Ja ciebie kocham! Ach te słowa Tak dziwnie w moim sercu brzmią. Miałażby wrócić wiosna nowa? I zbudzić kwiaty co w nim śpią? Miałbym w miłości cud uwierzyć, Jak Łazarz z grobu mego wstać? Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć, Z rąk twoich nowe życie brać? Ja ciebie kocham? Czyż być może? Czyż mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! bo jasną widzę zorzę I pierzchającą widzę noc! I wszystko we mnie inne, świeże, Zwątpienia w sercu stopniał lód, I znowu pragnę - kocham - wierzę - Wierzę w miłości wieczny cud! Ja ciebie kocham! Świat się zmienia, Zakwita szczęściem od tych słów, I tak jak w pierwszych dniach stworzenia Przybiera ślubną szatę znów! A dusza skrzydła znów dostaje, Już jej nie ściga ziemski żal - I w elizejskie leci gaje - I tonie pośród światła fal!
Gdybym był młodszy... Gdybym był młodszy, dziewczyno, Gdybym był młodszy! Piłbym, ach, wtenczas nie wino, Lecz spojrzeń twoich najsłodszy Nektar, dziewczyno! Ty byś mnie kochała, Jasny aniele... Na tę myśl pierś mi zadrżała, Bo widzę szczęścia za wiele, Gdybyś kochała! Gwiazd bym nie szukał na niebie Ani miesiąca, Ale bym patrzał na ciebie, Boś więcej promieniejąca Od gwiazd na niebie! Wzgardziłbym słońca jasnością I wiosny tchnieniem, A żyłbym twoją miłością, Boś ty jest moim natchnieniem I słońc jasnością. Ale już jestem ze stary, Bym mógł, dzieweczko, Zażądać serca ofiary, Więc bawię tylko piosneczką, Bom już za stary! Uciekam od ciebie z dala, Motylu złoty! Bo duma mi nie pozwala Cierpieć, więc pełen tęsknoty Uciekam z dala. Śmieję się i piję wino Mieszane z łzami, I patrzę, piękna dziewczyno, W swą przeszłość pokrytą mgłami, I pije wino...
Karmelkowy wiersz Bywało dawniej, przed laty, Sypałem wiersze i kwiaty Wszystkim dziewczątkom, Bom myślał, o piękne panie, Że kwiat lub słowo zostanie Dla was pamiątką. Wierzyłem - zwyczajnie - młody Że jeszcze nie wyszło z mody Myśleć i czuć, Że trocha serca kobiecie Świetnej kariery na świecie Nie może psuć. Aniołków brałem na serio I z śmieszną donkiszoterią Wielbiłem lalki, I gotów byłem, o zgrozo, Za Dulcyneę z Tobozo Stanąć do walki! Lecz dziś komedię salonu, Jak człowiek dobrego tonu, Na wylot znam; Z serca pożytek niewielki, Więc mam w zapasie karmelki Dla dam.
Legenda pierwszej miłości Ja ją kochałem; tak mi się zdaje, Bo cudną była w szesnastej wiośnie, Umiała patrzeć na mnie miłośnie I rwać mi serce w nadziemskie kraje - A więc w jej oczach pełny tęsknoty Tonąłem wzrokiem i tak na jawie Śniłem o różach, które ciekawie Ponad jej włosów wybiegły sploty, Tak że je zrywać ustami chciałem, I byłbym przysiągł, że ją kochałem...! Ja ją kochałem, ach! jestem pewny! Bom często błądził w noc księżycową, Przypominając mojej królewny Każde spojrzenie i każde słowo; A w gwiazdy patrząc wspólnie przytomnie, Widziałem usta zwrócone do mnie, Że aż mnie brała wielka pokusa, W wonne powietrze rzucić całusa, Lecz się obrazić skromnej lękałem, I dość mi było, że ją kochałem... Miłość to była, lecz taka cicha, Że sam przed sobą bałem się zdradzić I tylko kwiatów szedłem się radzić: Czemu dziś smutna? i czemu wzdycha? Ale o serca jej tajemnicę Nie chciałem nawet lilii zapytać; A gdy w ogrodu weszła ulicę, Stałem, nie śmiejąc wzrokiem ją witać, I tylko do nóg upaść jej chciałem, Kiedy w jej oczach łezki dojrzałem... Bo przypuszczałem, że smutek rzewny, Rozlany na jej anielskiej twarzy, Wypłynął z serca i siadł na straży; Tak przeczuwałem, nie będąc pewny. I sam już nie wiem, jak się to stało, Że zapytałem drżący, nieśmiało, Co jest jej smutku dziwną przyczyną, I czemu łezki po twarzy płyną. Na to odrzekła smutnymi słowy: Że nie ma świeżej sukni balowej... Chociaż wyrazy te obojętne Upadły szronem, co serce ziębi, Ale jej oczy mówiły smętne, Że się myśl inna kryje gdzieś głębiej. Więc pomyślałem, żem był za śmiały, I chcąc złagodzić moją zuchwałość, Balowej sukni chwaliłem białość, W którą się stroi krzak róży białej; Chwaliłem ciernie, które jej bronią Przed zbyt ciekawych natrętną dłonią. Jednak już potem częściej myśl płocha Trącała skrzydłem w błękit mych marzeń, I z różnych rozmów, sprzeczek i zdarzeń Stawiałem wnioski: kocha? nie kocha? I z tym pytaniem jak Hamlet nowy Chodziłem długo w ranek majowy; A kwiaty wonią, drzewa szelestem Odpowiadały: Kocham i jestem! Nim powtórzyłem sobie pytanie - Wybiegła wołać mnie na śniadanie. Różowa ze snu; w słońcu przejrzysta, Stała przede mną jasna i czysta. Zamiast brylantów na złote włosy Jaśminy kładły kropelki rosy, I tak oblana światła potokiem Jeszcze mnie swoim paliła wzrokiem; A ja zmieszany mówiłem do niej O drzew szeleście i kwiatów woni. Lecz ją znudziła moja rozprawa, Bo rzekła: "Chodź pan, wystygnie kawa." Oj! Oj! figlarko - myślałem z cicha, Nie chcesz mnie słuchać na głos i w oczy, Za to twój uśmiech mówi uroczy I pierś, co mocniej teraz oddycha. Nie chcesz mnie słuchać, bo w serca drżeniu
Między nami nic nie było Między nami nic nie było! Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych. Nic nas z sobą nie łączyło — Prócz wiosennych marzeń zdradnych; Prócz tych woni, barw i blasków Unoszących się w przestrzeni, Prócz szumiących śpiewem lasków I tej świeżej łąk zieleni! Prócz tych kaskad i potoków Zraszających każdy parów, Prócz girlandy tęcz, obłoków, Prócz natury słodkich czarów; Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów, Z których serce zachwyt piło, Prócz pierwiosnków i powojów, Między nami nic nie było!
Miłość jak słońce Miłość jak słońce: ogrzewa świat cały I swoim blaskiem ożywia różanym, W głębiach przepaści, w rozpadlinach skały Dozwala kwiatom rozkwitnąć wiośnianym I wyprowadza z martwych głazów łona Coraz to nowe na przyszłość nasiona. Miłość jak słońce: barwy uroczemi Wszystko dokoła cudownie powleka; Żywe piękności wydobywa z ziemi, Z serca natury i z serca człowieka I szary, mglisty widnokrąg istnienia W przędzę z purpury i złota zamienia. Miłość jak słońce: wywołuje burze, Które grom niosą w ciemnościach spowity, I tęczę pieśni wiesza na łez chmurze, Gdy rozpłakana wzlatuje w błękity, I znów z obłoków wyziera pogodnie, Gdy burza we łzach zgasi swe pochodnie, Miłość jak słońce: choć zajdzie w pomroce, Jeszcze z blaskami srebrnego miesiąca Powraca smutne rozpromieniać noce I przez ciemność przedziera się drżąca, Pełna tęsknoty cichej i żałoby, By wieńczyć śpiące ruiny i groby.
Myślałem, że to sen ... Myślałem, że to sen, lecz to prawda była: Z nadziemskich jasnych sfer do mnie tu zstąpiła, Przyniosła dziwny blask w swoich modrych oczach, Przyniosła kwiatów woń na złotych warkoczach, Podała rączkę swą, szliśmy z sobą razem. Przed nami jaśniał świat cudnym krajobrazem. Pośród rozkosznych łąk i gajów mirtowych Wiecznie zielonych wzgórz i wód szafirowych Szliśmy, nie mówiąc nic, a mnie się wydało, Żem życia mego pieśń wypowiedział całą, Że z jej różanych ust, jak z otwartej księgi, Czerpałem tajny skarb wiedzy i potęgi. Wtem nagle przyszła myśl dziwna i szalona, Żeby koniecznie dojść, skąd i kto jest ona? I gdy zacząłem tak i ważyć, i badać, Kwiaty zaczęły schnąć, a liście opadać, I nastał szary mrok... a ja w swoim biegu Stanąłem w gęstej mgle na przepaści brzegu. Strwożony zmianą tą, zwróciłem się do niej; Niestety, już jej dłoń nie była w mej dłoni. Słyszałem tylko głos ginący w ciemności: "Byłam natchnieniem twym, miarą twej młodości!" I pozostałem sam — i noc świat pokryła! Myślałem, że to sen — lecz to prawda była!
Na początku nic nie było... Na początku nic nie było, Tylko przestrzeń ciemna, pusta; Wtem jej czarne błysły oczy i różowe, świeże usta. Od jej spojrzeń, od rumieńca Zajaśniała świateł zorza, A gdy pierwsze rzekła słowo, Ziemia wyszła z głębi morza. Gdy przebiegła ziemię wzrokiem Śląc jej uśmiech, rój skrzydlaty Wzleciał ptaków i motyli, A spod ziemi wyszły kwiaty. Lecz nie istniał jeszcze człowiek, Tylko martwa gliny bryła; Aż nareszcie swym płomiennym Pocałunkiem — mnie stworzyła. I zbudziłem się do życia W cudowności jasnym kraju. Lecz mnie również, tak jak innych, Wypędzono z tego raju.
Najpiękniejsze piosnki Najpiękniejszych moich piosnek Nauczyła mnie dzieweczka, Mistrzem bowiem były dla mnie Harmonijne jej usteczka. Te usteczka brzmiały zawsze Jakąś piosnką świeżą, nową, Każdy uśmiech był melodią, Śpiewem było każde słowo. Wszystko o czym serce śniło, Wszystko, o czym nawet nie śni, Odbijało się w jej oczach I płynęło w słodkiej pieśni. Więc mnie zawsze przy jej boku, Wpatrzonego w jej oblicze, Kołysały śpiewne mary, Czarodziejskich brzmień słodycze. Czegom uchem nie dosłyszał, Tom z usteczek koralowych Sam ustami swemi chwytał.
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||